- Sądzi pan, że moja matka chciałaby przyznać się do córki, która przesiaduje na drzewach i chodzi tak ubrana?

oczy.

- Nie, przecież masz kilkanaście osób służby.
- Dobry wieczór pani. - Skłonił się z szacunkiem i nie było w tym ani śladu kpiny. Równie naturalnym gestem ujął jej dłoń i ucałował.
- Nonsens. To żałosna wymówka, którą wymyśliłeś, żeby rozdzielić mnie i Clarka. Dzisiaj brzmi równie idiotycznie. Nie potrafiłeś ścierpieć myśli lub planów, które nie były twoje. - Zaczerpnęła głęboko powietrza, a kiedy znów przemówiła, jej głos był niski i szorstki z emocji. - Musiałeś nas zniszczyć. Spojrzał na nią gniewnie i nalał kolejną porcję burbona. Ze szklanką w ręce usiadł w fotelu i zapalił papierosa. Oddychał z trudem. Nawet z tej odległości Sayre czuła alkohol w jego oddechu. - Możesz sobie na mnie wrzeszczeć do woli, dziewczyno. Nawymyślaj mi, ile wlezie, piekl się i tup nogami, nigdy nie usłyszysz ode mnie ani tłumaczenia się, ani przeprosin. Kiedy jeszcze byłem takim małym dzieciakiem - wyciągnął rękę, żeby zademonstrować swój wzrost w tamtych czasach - przysiągłem, że zapoczątkuję linię Hoyle'ów, których nazwisko będzie się liczyło. Nikt nie zdoła zignorować lub zapomnieć nazwiska Hoyle. - Machnął w jej kierunku papierosem. - Nie zamierzałem dopuścić, żeby jednym z członków rodziny stał się bękart Daly'ego. Zadrżała, oddychając spazmatycznie. - Dlatego kazałeś je ze mnie wyrwać. - Zrobiłem to, co uczyniłby każdy ojciec... - ... bez serca. - ... który widział, jak jego córka niszczy... - Kazałeś wyrwać ze mnie moje dziecko! - Trzema susami Sayre pokonała dzielącą ich odległość i uderzyła go z całej siły w twarz. Huff zerwał się z fotela. Szklanka z whisky wypadła mu z ręki i potoczyła się po dywanie. Rzucił papierosa na ziemię i zacisnął pięści, unosząc je w groźnym geście. - Dalej, Huff, oddaj mi! Tamtej nocy, gdy wyciągałeś mnie z biblioteki, krzyczącą i płaczącą, błagającą cię, abyś tego nie robił, także uderzyłeś mnie w twarz. Czy wiesz, że podłoga wciąż nosi wgłębienia po moich piętach, którymi się zapierałam, próbując cię wtedy powstrzymać? Idź, obejrzyj ślady. To świadectwo tego, jak bardzo jesteś zdeprawowany. Kiedy nie mogłeś mnie wciągnąć siłą do samochodu, ogłuszyłeś mnie. Obudziłam się w gabinecie na tyłach domu doktora Caroe, z nogami przywiązanymi do strzemion fotela, a ramionami przypiętymi do stołu. - Wyciągnęła ręce, jakby nadal czuła więzy, które ją wtedy krępowały. Zdała sobie sprawę, że jej twarz jest mokra od łez. Zlizała słoność z kącików ust. - Ten pozbawiony skrupułów skurwysyn wyrwał ze mnie moje dziecko. Ile mu zapłaciłeś za to, żeby zniszczył to niewinne, słodkie życie, co, Huff? Ile cię kosztowało, byś udowodnił swoją dominację nade mną? - Szlochała teraz przy każdym słowie, ale ciągnęła dalej: - Włożył je do plastikowej torby i wyrzucił do śmieci. - Przyłożyła dłoń do piersi i krzyknęła z całych sił. - Moje dziecko! Po tym wybuchu w pokoju zrobiło się cicho jak w grobie. Słychać było jedynie tykanie zegara stojącego na szafce nocnej. Sayre otarła łzy i odgarnęła włosy do tyłu. - Ostatnio ktoś zauważył, że jesteś motywacją wszystkich moich działań. To prawda. Nienawiść do ciebie pomogła mi przetrwać depresję i dwa niechciane małżeństwa. Do dzisiejszego dnia, do tej chwili służyła mi doskonale, ale... - zaśmiała się lekko - ale najśmieszniejsze jest to, że sam wykopałeś dla siebie dół, Huff. Ty i te twoje pieprzone ambicje dynastyczne. Chcesz mnie wydać za Becka? Zabawne. Śmieszne i daremne, bo widzisz, kiedy twój niezdarny przyjaciel, doktor Caroe, zabił moje dziecko, jednocześnie odebrał mi szansę na posiadanie kolejnego. Huff cofnął się o krok. - Co takiego? - Tak, Huff, dobrze słyszałeś. Nie utrwalę twojej cholernej linii Hoyle'ów i możesz sam sobie za to podziękować. - Z tymi słowy Sayre odwróciła się i wybiegła z pokoju, ale stanęła jak wryta na
- Jak się miewa pani mąż? Alicia Paulik wskazała kciukiem na młodego człowieka w fartuchu. - To jego psychiatra. Sami zapytajcie, co z nim. Lekarz przedstawił się i wymienił z Sayre i Beckiem uścisk dłoni. - Oczywiście nie mogę ujawnić tego, z czego zwierza się Billy podczas naszych sesji. Wystarczy, jeśli powiem, iż cierpi na ostrą depresję. Próbuje dojść do siebie pod względem fizycznym, a jednocześnie musi mentalnie i emocjonalnie przyzwyczaić się do myśli o życiu bez jednej ręki. Niepokoi się również o utrzymanie rodziny. - Powiedziałam mu, że wszystko będzie w porządku - wtrąciła się pani Paulik. - Nawet lepiej, ponieważ zamierzam pozwać waszą cholerną firmę o każdy cent, który będę mogła z was wydusić - skierowała swoje słowa do Becka i Sayre, nie robiąc różnicy między nimi dwojgiem. - Wszystkie reakcje Billy'ego są typowe dla pacjentów po poważnych wypadkach - ciągnął niepewnie młody lekarz. - Pogodzenie się ze skutkami tego wypadku zabierze mu sporo czasu. - Proszę kontynuować spotkania z Billym tak długo, jak to będzie konieczne - odparł Beck. Psycholog spojrzał niepewnie na żonę Paulika. - Powiedziano mi, że mam ograniczyć liczbę sesji do trzech. - Pan Hoyle zmienił zdanie, więc spotkania będą mogły być kontynuowane. Oto mój telefon, jeśli będzie miał pan jakieś pytania. - Beck wręczył wizytówkę lekarzowi, który skinął głową i odszedł, tłumacząc się koniecznością wizyty u innego pacjenta. Beck zwrócił się do pani Paulik: - Czy mogę się zobaczyć z Billym? - Po co? Beck wyciągnął przed siebie brązową kopertę, którą Sayre widziała w samochodzie, gdy wyjmował ją z teczki. - Kartki z życzeniami powrotu do zdrowia od jego współpracowników. Obiecuję, że nie zabawię długo. Alicia Paulik wyrwała mu kopertę z ręki. - Sama mu to zaniosę. Zapewne widok twój lub kogokolwiek z rodziny Hoyle'ów bardzo by go zdenerwował. - Jak sobie pani życzy, pani Paulik. Beck powiedział, że ściągnie windę, po czym odwrócił się i szybko odszedł korytarzem, zostawiając Sayre sam na sam z panią Paulik. - Jak sobie radzą wasze dzieci? - Boją się. Pani by się nie bała? - Bałabym się - odparła Sayre, nie zwracając uwagi na ton kobiety. - Pamiętam, że kiedy moja matka odeszła z tego świata, byłam nie tylko smutna, ale również przestraszona, że ja również umrę. Traumatyczne przeżycia sprawiają, że czujemy się słabi i bezbronni. Dotyczy to zwłaszcza dzieci. Pani Paulik zastanowiła się przez chwilę nad słowami Sayre, po czym wymruczała: - Przykro mi z powodu pani brata Danny'ego. - Dziękuję. - To był dobry człowiek - To prawda. - Wróciła pani do Destiny na stałe? - Nie. Niebawem zamierzam wrócić do San Francisco. - Im prędzej, tym lepiej. Na pani miejscu wyjechałabym, zanim zaczną się tu prawdziwe kłopoty.
ale zobaczyłem tylko siebie, zwykłego gołębia. Maska stała przy mnie i dłonią zburzyła wodę. Kiedy Lustro Prawdy
Kylie rozpromieniła się.
martwi się, jak mnie będzie utrzymywał albo co pocznie, kiedy po ślubie zrobię się gruba i niechlujna, albo czy będę go kochała, jeśli całkiem wyłysieje. Tego typu rzeczy. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy sobie tego nie wymyśliłam, ale znałam go na tyle dobrze, że jestem przekonana, iż miałam rację. - Nigdy ci nie mówił, co to za zmartwienie? - Nie, ale na pewno coś go gryzło. - Coś na tyle poważnego, żeby w końcu odebrać sobie życie? - spytała łagodnie Sayre. - Nie zraniłby mnie w taki sposób - odparła Jessica z uporem. - Nie zostawiłby mnie, żebym przez resztę życia zastanawiała się, dlaczego to zrobił i jak mogłam go od tego powstrzymać. Nie obciążyłby mnie taką odpowiedzialnością i zwątpieniem w siebie samą. Nie, Sayre. Nigdy nie uwierzę, że się zastrzelił. Przyznaję jednak, że inna możliwość jest przerażająca - dodała po chwili przerwy. - Danny był taki prostoduszny. Lubili go nawet pracownicy huty, którzy nie myślą o rodzinie Hoyle'ów w superlatywach. - Niekoniecznie, Jessico. Był dyrektorem działu zatrudnienia. Zajmował się zwalnianiem i przyjmowaniem ludzi do pracy, ubezpieczeniami i wynagrodzeniem. Tego typu rzeczy mogły przysporzyć mu wrogów. - Danny musiał się stosować do ustalonych zasad Huffa i wydaje mi się, że wszyscy pracownicy fabryki byli tego świadomi. Możliwe, ale ktoś powodowany zbyt silnym uczuciem zemsty mógł nie dostrzec różnicy. - Kiedy detektyw Scott zapytał nas, czy ktoś mógł pragnąć śmierci Danny'ego, Beck Merchant... jestem pewna, że Danny ci o nim wspominał... - Wiem, kim on jest - odparła Jessica. - Wszyscy wiedzą. To szycha w fabryce. On i Chris rozumieją się jak para łotrów. - Są aż tak dobrymi przyjaciółmi? - Niemal nierozłącznymi. Sayre postanowiła przemyśleć później również i tę sprawę. Wszystko, co usłyszał Beck, trafiało zapewne bezpośrednio do uszu Chrisa. - Kiedy szeryf Harper zapytał, czy wiemy o kimś, kto mógłby nastawać na życie Danny'ego, pan Merchant odpowiedział w naszym imieniu to, co w tamtej chwili chyba wszystkim przyszło do głowy. Hoyle'owie przez lata narobili sobie wielu wrogów i jeżeli ktoś chciał się zemścić, Danny był łatwym celem, jako najcichszy i najbardziej bezbronny z nas wszystkich. Po dłuższym milczeniu Jessica odrzekła: - Zapewne tak, chociaż boli mnie myśl, że Danny stracił życie przez kogoś, kto żywił urazę do rodziny za to, czego on nie zrobił. - Zgadzam się - Sayre zawahała się przez chwilę. - Zamierzasz powiedzieć Huffowi i Chrisowi o waszych sekretnych zaręczynach? - Pod żadnym pozorem. Moi rodzice wiedzieli o tym, ponieważ Danny poprosił tatę o moją rękę. Oni i moja siostra to jedyne osoby, które znają naszą tajemnicę. Nie powiedziałam o tym w szkole. Spotykaliśmy się zawsze poza miastem. Nawet w kościele byliśmy ostrożni, nigdy nie zostawaliśmy sami, pilnowaliśmy, by przebywać w grupie. Nie widzę powodu, żeby rozgłaszać o tym teraz. Wywoła to jedynie niepotrzebne kłopoty z twoim ojcem i bratem, a szczerze mówiąc, nie mam siły ani ochoty wdawać się z nimi w jakiekolwiek awantury. Chcę myśleć o Dannym, zachować o nim cudowne wspomnienia. Nie chciałabym usłyszeć czegoś, co zbruka ich piękno. - Niestety, muszę ci przyznać rację - powiedziała Sayre. - Myślę, że to rozsądna decyzja. Nie dawaj im okazji, aby sprawili ci dodatkowy ból. Chociaż dużo tracą, nie znając cię - uścisnęła
Róża jednak mocno stuliła swoje płatki i nie pozwoliła, by Motyl na niej usiadł. Udając, że silnie się kołysze pod
- Dzięki, stary - mruknął. - Sam widzisz, że musisz spędzać więcej czasu z ciocią Tammy. Ona nauczy cię ładnie jeść.
- A niby czemu miałaby się nim zajmować? Dzieci w ogóle jej nie obchodzą!
- Ja nie...
- Rozumiem - odparł, lecz widać było, że nic nie ro¬zumie.
"Ładnie nazwał swoją lilię..." - westchnęła sama do siebie Róża, starannie skrywając swoją cichą tęsknotę, lecz
- Od jakiegoś czasu nie umiałyśmy się dogadać.

– Właśnie, takie wielkie i włochate.

kiedyś Richard. Ktoś mógł porwać dziecko dla okupu.
mu się lepiej przyjrzeć. – Ale dużo mniej.
– Jak się nazywa? – spytała Kate.
i wyspy. Uniosła głowę i osłoniła oczy. Popatrzyła na dom, na
bliżej. – Moglibyśmy się zabawić. Nie jesteś wstydliwa, co? Taka
2
Luke nie wątpił, że gdyby na co dzień obcował ze śmiercią, też by
Richard uważał, że jest zbyt ładna, żeby pragnąć mężczyzny
dokończyć bajkę, którą nam opowiada – oznajmiła Freya.
Uniósł brwi, zdziwiony i rozbawiony tym wybuchem wściekłości.
wycierała ręce. Musi coś wymyślić, żeby przestali tak
Wprawdzie St. Charles Avenue nadal opływała w bogactwa, jednak
miód. Pocałunek był taki jak mężczyzna, który ją
68 JEDNA DLA PIĘCIU

©2019 pod-obiekt.bialowieza.pl - Split Template by One Page Love